Wiersz

Jeśli słaniając się w marszu

przystanki
latarnia pierwotnego zapału
walczy z paradoksalnie wzburzonym
morzem zniechęcenia
wybity z torów
pęd ku światłu
błądzi w pokrzywach światłocieni
nogi pewne ongiś jak cedry
uginają się
pod śmiesznie lekkim wyborem
kiedy upadam
nie wiem czy to przystanek
trzeci siódmy czy dziewiąty
kiedy jakoś się dźwigam
nie wiem czy to był
raz ostatni
kto nie idzie naprzód
ten się cofa –
ponoć oczywiste
…